Noc na Wielkim Murze

Tytułowa przygoda była wynikiem całkowicie spontanicznej decyzji.

Do Pekinu przyjechałyśmy z Anią we czwartek rano, druga Ania miała do nas dołączyć w piątek i razem miałyśmy pojechać na Wielki Mur, wejście Badaling, bo najprościej jest się tam dostać, a że jest najpopularniejszym i najbardziej zatłoczonym wejściem – no trudno. Jednak jakaś wewnętrzna polska synchronizacja sprawiła, że w nocy z czwartku na piątek z Hongkongu przelecieli również Robert i Damian (AGH i Łódź), więc na Mur wyruszyliśmy w piątkę.

Zanim udało się nam znaleźć z Anią i odszukać przystanek autobusowy, było już mocno po 12. Według przewodnika na Badaling można dojechać autobusem 919, a na przystanku – standardowo – tylko 916 i 918. Pytamy więc czekających tam Chińczyków „Badaling?” „Tak tak, Badaling, 916.” Ok, wsiadamy, jedziemy blisko godzinę i nagle jeden z Chińczyków, który pokazał nam autobus, mówi, że czas wysiadać. Oczywiście okazało się, że to taksówkarz i teraz z przystanku chce nas zawieźć do wejścia na Mur, ale nie na  Badaling,a na Mutianyu. Wkurzeni (ale nie zaskoczeni), zgodziliśmy się, ponieważ zbliżała się 14, a my nawet nie widzieliśmy Muru z oddali.

Siedząc w taksówce zaczęliśmy kalkulować o której trzeba będzie rozpocząć powrót, żeby zdążyć na ostatni autobus do Pekinu. I wtedy pojawiła się myśl – a gdyby tam zostać..? Byliśmy kompletnie nieprzygotowani – ubrani w szorty, lekkie koszulki – jak to na wyjście w góry przy 33 stopniach. Jedyną osobą ze śpiworem była Ania, która jechała z plecakiem prosto na Mur, bez przepakowywania się. Ale stwierdziliśmy, że to przecież tylko jedna noc – damy radę! Hej ho przygodo!

W sklepikach przy kasach biletowych zaopatrzyliśmy się w wodę, „chemiczne bułki” i zaczęliśmy wcielać nasz plan w życie. Szybko okazało się, że cwanemu taksówkarzowi powinniśmy wysłać laurkę i pudełko czekoladek, bo Mutianyu było prawie pozbawione turystów. Rozbestwiliśmy się do tego stopnia, że z obcym człowiekiem w kadrze zdjęć nie robiliśmy. A z informacji później wyczytanych wynika, że jest to część starsza od Badaling, początkowo wzniesiona w połowie VI w., a obecny jej wygląd jest skutkiem odbudowy z 1569 roku i większość jego konstrukcji  jest konstrukcją oryginalną i dobrze zachowaną. Jest to również część o największej skali spośród wszystkich na Wielkim Murze.

Żeby nie tracić czasu na wspinaczkę lasem, na Mur wjechaliśmy czymś typu wyciągu krzesełkowego i ruszyliśmy na wędrówkę częścią dostępną dla turystów. Po przejściu przez punkt kończący trasę turystyczną Mur dziczał z każdym kolejnym krokiem, by w końcu zamienić się w ruiny pokryte krzewami i drzewami. Choć trasa ta była opanowana przez roślinność, to z rzadka musiała być uczęszczana przez ludzi, bo w pozostałościach kolejnych wieżyczek strażniczych można było odnaleźć nikłe ślady ludzkiej obecności. Na jednej z wież obserwowaliśmy zachód słońca i postanowiliśmy wrócić do poprzedniej, w lepszym stanie, by spędzić tam noc.

Nasz nowy dom można porównać jedynie z baśniowymi wyobrażeniami lub filmowymi realizacjami. Główne pomieszczenie było pozbawione dachu, w rogu rosło drzewo, którego korona wraz z krzewami, obrastającymi szczyty ścian, tworzyła nad naszym „salonem” zielony baldachim. Z lewej strony znajdowały się kolebkowo sklepione wnęki, z których jedna służyła nam tej nocy za sypialnię.

Jednak zanim poszliśmy spać, zdecydowaliśmy pójść za przykładem poprzednich lokatorów naszej wieży i zrobić ognisko w rogu salonu. Do pełni szczęścia brakowało nam jedynie gitary i ogniskowego jedzenia (od dziś zaczynam chodzić z ziemniakiem w kieszeni), zajęliśmy sobie więc czas grając w rozwiązywanie kryminalnych zagadek. Gdy noc nastała na dobre poszliśmy na pobliskie wyniesienie pozbawione drzew. Widoczność była obłędna, z jednej strony góry – widok na Pekin, nad nim gwiazdy i księżyc w pełni; z drugiej strony góry widok na wielką burzę w oddali.

Przed północą zdecydowaliśmy, że nadszedł czas aby przenieść się do wnęki, naszej sypialni o wymiarach na oko 1,80 x 2,20 m, pełnej suchych liści, które przykryte śpiworem Ani tworzyły miękkie posłanie. Choć w nocy nie było bardzo zimno, to ubrani jedynie w lekkie rzeczy musieliśmy zrobić coś by nie zmarznąć. I tu z inicjatywą wyszedł Robert budując przy wejściu do naszej sypialni kamienny piec, do którego przenieśliśmy żar i drewno z ogniska.

Zbudziliśmy się zbyt późno by zobaczyć wschód słońca, zjedliśmy śniadanie w salonie i przygodę zakończyliśmy wysiadając z autobusu w Pekinie koło południa.

1 2 3 4 5 IMG_9082 IMG_9088 IMG_9108 IMG_9112 IMG_9128 IMG_9132 IMG_9136 SJCM0049 w y z ż

Mapa

Część zdjęć z ręki Damiana 🙂